wtorek, 13 maja 2014

Moja najdziwniejsza przygoda zeszłego lata

MOJA NAJDZIWNIEJSZA PRZYGODA
 - jeśli myślicie, że na dnie jeziora nie może być lasu, to przeczytajcie tego posta
A wiadomo - w lasach są ukryte skarby...

    Pewnego lipcowego, niezwykle upalnego wakacyjnego dnia postanowiłem uparcie, mimo dezaprobaty taty, wypłynąć jego łódką na połów okoni. Czułem, że pasiaste ryby będą brały, ponieważ wiał dość mocny, lecz ciepły wiatr z południowego- zachodu. Poprzedniego dnia, tak jak w kilka jeszcze wcześniejszych dni. żadną przynętą nie dało się sprowokować do brania. Ryby czasem tak mają... Pomyślałem więc, że teraz powinno być inaczej. Nie spodziewałem się jednak nieoczekiwanej przygody, która zdarzyła mi się tego dnia. 
    Mój tata wiedział, iż uwielbiam łowić sam z jego łódki. On też jest zapalonym wędkarzem, a wędkarz wędkarza zrozumie. Bardzo szybko się zgodził, abym popłynął tam, gdzie moje myśli. Zabrałem więc z radością swój sprzęt i zszedłem w dół do brzegu jeziora, gdzie do drzewa była przymocowana łódka taty. Wylałem wodę i umieściłem w niej rzeczy, które zabrałem ze sobą. Następnie zabrałem się do uwolnienia łódki z mosiężnej, niezwykle zardzewiałej kłódki. Siłowanie się z nią zajęło mi niemal pół godziny, toteż nieźle się zmęczyłem. Niestety, wiatr również mi nie pomagał: utrudniał płynięcie i zakotwiczenie na stromym stoku podwodnej górki, która była moim ulubionym łowiskiem okoni. Gdy już udało mi się pokonać wiatr, wyjąłem swoje okoniowe przynęty i w końcu zacząłem łowienie. Spinningowanie było czystą przyjemnością: co trzeci, czwarty rzut czułem delikatne, lecz energiczne puknięcie i mogłem cieszyć się holem pasiastego wojownika. Nagle zauważyłem, że w okolicach szczytu podwodnej górki, gęsto obrośniętej przez wywłócznika drobnica w popłochu wyskakuje z wody. Okonie szalały. Natychmiast posłałem tam małe kopytko. branie było momentalne. Mój Fenwick wygiął się w pałąk. a hamulec kołowrotka cicho zaterkotał. Byłem podekscytowany i zaciekawiony, jaka to ryba pochwyciła mą przynętę. Po chwili zauważyłem, że wędzisko przestaje drgać, zaś zaczął narastać tępy opór. Oczami wyobraźni widziałem dwumetrowego suma, jak ogon wystaje mu z łódki. Niestety z każdą następną chwilą zmniejszał się mój entuzjazm, bowiem to nie ryba była na końcu wędki lecz... drzewo. Hol trwał bardzo długo. Wciąganie owego drzewa do łódki również nie było łatwe. Ważyło około czterdziestu kilogramów i miało długość czterech metrów. Może to nie sekwoja, ale takie coś na środku jeziora, kto by pomyślał? Zrobiłem kilka zdjęć. Odkładając aparat ujrzałem coś błyszczącego w gałęziach. Na zwoju żyłki wisiała amerykańska obrotówka z czerwonym obciążnikiem i miedzianą, niklowaną paletką. Prawdziwy skarb! 
    Po przypłynięciu do brzegu wyczyściłem ją i z dumą włożyłem do kuferka. Wyobraziłem sobie, że kiedyś złowię na nią swój rekordowy okaz okonia. Stwierdziłem też, iż takie przygody zdarzają się rzadko.  


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz